Domowa Patologia #2. Interakcje.

W mojej psychice skaza po domowej przemocy zostanie pewnie na zawsze. W mniejszym lub większym natężeniu, w zależności od czasu, który minie. Moje dotychczasowe obserwacje pozwalają mi na bycie pewnym jednego faktu. Zostałem bezpowrotnie skrzywiony i zdeformowany w sferze interakcji z ludźmi. Zauważyłem też, że razem z podobnymi mnie- przyciągamy się. Czasami zdarza się, że spotykam jakąś osobę pierwszy raz, spędzam z nią kilka minut i wyczuwam, że „coś tu jest nie tak”. Jest tak zarówno w przypadku tych, którzy zostali moimi przyjaciółmi jak niemal każdej dziewczyny, z którą wszedłem w bliższą relację. Nie potrafiąc w pełni komunikować z osobami, które nie przeżyły tego, co my, szukamy siebie nawzajem, licząc, że ktoś z choćby podobną przeszłością, jest w stanie zrozumieć pewne sprawy.

Każdy to neutralny wróg.

Najważniejszymi osobami w moim życiu byli rodzice. Od najmłodszych lat, które pamiętam, kochałem ich najmocniej na świecie. Ufałem im bezgranicznie bez względu na wszystko. Byli najmądrzejsi, byli całym moim światem. Tylko co, kiedy jedna z tych ubóstwianych osób, którą uważamy za wszechświat w pigułce, jest wobec nas okrutna i wykorzystuje ów więź? Rzutuje to na całokształt naszych relacji z ludźmi w ogóle. Skoro on/ona, którą kocham, bije mnie, znęca się nade mną, to do czego może być zdolny obcy człowiek? Dlatego oksymoron użyty w nagłówku akapitu jest dla mnie w pełni pojętny i zrozumiały. Do pewnego momentu w życiu, każdy był dla mnie neutralny ze wskazaniem na prawdopodobnie ukryte, wrogie zamiary.
Pamiętam wszystkie rodzinne wyjścia. Wiedziałem jak wyglądamy na zewnątrz i co się dzieje w domu. Jako dziecko i nastolatek, byłem przeświadczony, że tak to wygląda wszędzie. Jasne, niektórzy rówieśnicy mieli super rodziców, ale nie dowierzałem w to tak do końca. Zawsze pozostawała otwarta furtka, że kłamią, a ich rodzice udają zupełnie tak jak u mnie. To doprowadza do tego, że później jako dorosły, widzę świat pesymistycznie, pełen kłamstwa, zła i ludzkiej nienawiści. Bardzo trudno dojrzeć w innym człowieku coś pięknego i prawdziwego. Bo dla mnie, prawdziwe jest tylko to, co niewidoczne na pierwszy rzut oka. To niewidoczne i nieznane naturalnie wzbudzało we mnie strach i domyślne zagrożenie. To koło negatywnych myśli i emocji zamykało mi drzwi na fakt, że za maską codzienności obcej osoby, może kryć się fantastyczny człowiek. Niepewność tego, co skryte, nieznajomość intencji, sprawiało, że zawsze byłem gotowy do obrony i ataku.
To trochę jakby mieć na nosie przeciwieństwo różowych okularów. Nie dziwi mnie fakt, że znałem osoby okaleczające się, targające na własne życie. Bo jak reagować, kiedy wszystko jest obrzydliwe i zieje fałszem? Kiedy każdy człowiek ma wobec nas złe zamiary? To wszystko jest powodem naszej nieufności, wyobcowania i pędu do samotności. Tylko ja nie zrobię sam sobie krzywdy, bo znam ból fizyczny, jaki można zadać drugiej osobie. Wiem, czym jest cierpienie psychiczne. Wiem dziś.

Kopiujemy schematy, tworzymy własne.

Nie jestem dumny z wielu rzeczy, jakie wyrządziłem drugiemu człowiekowi jako dojrzewający chłopak i młody dorosły. Pomimo całej tej wiedzy o cierpieniu- potrafiłem bez wahania je zadawać. Do dziś jestem bezpośredni, suchy, cyniczny, ironiczny. Jednak w młodszych latach byłem też nieograniczenie brutalny, gdy uważałem, że jest to jedyne korzystne dla mnie rozwiązanie. Stałem się taki, bo nie miałem żadnych innych skutecznych schematów postępowania. Pewna naturalna świadomość ludzkiej psychologii i wrażliwości (którą z niechęcią przyznaję, sam musiałem odziedziczyć po moim domowy tyranie), potrafiłem wykorzystać przeciwko oponentom bez potrzeby użycia siły.
Od rozpoczęcia liceum, byłem nieprawdopodobnie odporny na to, co ludzie o mnie myślą i jak mnie obrażają za plecami, bo nie byli w stanie zrobić tego mocniej niż mój Domowy Tyran. Natomiast oni- nie. Tak jak ktoś był brutalny wobec mnie, taki byłem i ja. Bo czemu mam być dla kogoś miły, nie powiedzieć mu okrutnej prawdy w twarz, skoro on może zrobić to bezkarnie i bez świadomości zadawanego gwałtu? Sam tyle przeżyłem, że ta druga osoba, ze szczęśliwego domu, mająca radosne dzieciństwo, była i niestety często nadal jest dla mnie ślepa na uniwersalną prawdę świata pełnego szarości. Kiedyś nie potrafiłem otwierać oczu inaczej jak okrucieństwem słów i zachowania. Musiałem włożyć tak wiele pracy w siebie, poczucie własnej wartości, pewność siebie, że otwarcie i bezpośrednio atakowałem tych, którzy w tak obcym dla mnie postrzeganiu świata, widzieli go sprzecznie z moją wersją.
Osobiście uważam, że zdecydowana większość społeczeństwa jest głupia i nie zna wartości piękna, dobra, miłości, spokoju- bo nigdy ich nie utracili. Mówię o tym i piszę bez chwili zawahania się. Ludzie nie chcą nad sobą pracować, poznawać niczego nowego, wolą zamykać się w ograniczeniach, myśleć tym, co powie telewizja, iść po linii najmniejszego oporu, nie zaglądać pod maski i płaszcze. I to budzi we mnie straszną wściekłość, że nie chcą niczego więcej, a to, co mają, wystarcza im do szczęścia. Szczęścia, którego z kolei sam tak szukam pośród własnych pytań. Ta myśl, by iść zawsze dalej, zaglądać za kotarę, zakonnicy pod habit i księdzu pod sutannę, jest we mnie tak silna, bo nie potrafię znieść stanu niedopowiedzenia. Białe i dobre, czarne i złe, szare i skomplikowane, nie ważne, chcę wiedzieć, że takie właśnie jest, bo inaczej będzie dla mnie neutralnie wrogie.
Dopiero jako 23-latek podejmuję próby zostawiania niektórych rzeczy w strefie niedopowiedzenia, zachowywania status quo. Uczę się godzenia z tym, że inni, nie ważne czy z odmiennych płaszczyzn patologii, czy domów bez niej, mogą widzieć i myśleć inaczej. Choć to nadal boli, ta ludzka ślepota.

Bariera dotyk-zaufanie.

Przez bardzo długi czas zmagałem się z nerwicami natręctwa, które wynikały z życia w ciągłym stresie. Będąc nawet w gimnazjum, zdarzało mi się, przez sen, wyrywać zębami kawały tkanki z wnętrza ust aż nie poczułem cienkiej granicy między ciałem wewnątrz a skórą na zewnątrz. Brzmi ohydnie i takie też było. Ktoś się zapyta, czy to nie bolało. Bolało, oczywiście, ale mówiąc jedynie za siebie- po latach zapoznawania się z tym bodźcem, mam zawyżony próg bólu. Do tego stopnia, że będąc kiedyś na wakacyjnym obozie, przez trzy dni chodziłem zaledwie o kuli, mając pogruchotany staw skokowy i pękniętą piszczel. Były też inne natręctwa. Szczególnie te związane z dotykiem i ruchem.
Do dziś nie znoszę niepotrzebnych ingerencji w moją sferę dotyku. Nieliczne osoby mogą to zrobić bez zwrócenia mojej uwagi. Te, które darzę bezgranicznym zaufaniem oraz lekarze. Po prostu, kiedy ktoś mi obcy klepnie mnie w plecy czy dotknie ramienia, otwiera mi się przysłowiowy nóż w kieszeni. Odczuwam to jako ingerencję w moją cielesność i apodyktyczną próbę pokazania wyższości, a ja, wiem ile jestem wart. Za długo do tego dochodziłem, by ktoś to podważał. Nie jest to z resztą w świecie psychologii nic nowego. Nie od dziś wiadomo, że w ten sposób osoby o silniejszym charakterze czy wyższej randze zaznaczają tak swoją pozycję.
Dotyk czy ruch w moim dzieciństwie był drażliwą kwestią. Mój domowy tyran często zachodził mnie i potrafił uderzyć i huknąć głosem zrzucając mnie z krzesła. Tabliczki mnożenia uczyłem się w nader prosty sposób. Zła odpowiedź- uderzenie w potylicę, krzyk, przezwisko. Dobra- brak reakcji. Do końca życia zapamiętam wynik dla 6×7. Kiedy padło pytanie- odpowiedziałem. Wtedy nastąpiło uderzenie. Pytanie padło kolejny raz i po wypłakaniu odpowiedzi osłoniłem głowę. Kazał odsłonić, bo weźmie pas i będzie gorzej. Odsłaniałem głowę. Uderzenie spadało ponownie. Pomimo poprawnej odpowiedzi. W ten sposób, pół życia, przy gwałtownym ruchu ze strony dorosłego czy starszego dziecka osłaniałem głowę. Tworzyło to wiele nieprzyjemnych sytuacji, które dorośli potrafili o ironio okrasić słowami: „Co się tak zasłaniasz, w domu Cię biją czy co?”. No cóż. Szkoda, że potrafili zadać to pytanie jedynie retorycznie.
Ograniczenie z dotykiem objawia się także w relacjach damsko-męskich. Nie znam chyba osoby z patologicznego domu, która nie ma/miała z tym jakiegoś problemu, a znam ich co najmniej kilkanaście. W moim przypadku reakcją na dotyk było pełne spięcie ciała. Jak do bójki. Czułem uderzenia adrenaliny, które miało mnie przygotować na przetrwanie tego, co nastąpi. Sprawiało to mnóstwo kłopotów, ponieważ nie panowałem nad tym. To był odruch bezwarunkowy, głęboko wpojona w psychikę postawa obronna, przygotowanie na ból. Nawet jeśli nie chciałem tak reagować i świadomie pozwalałem innej osobie na zażyłość i dotyk, to podświadomie nadal typowałem ją jako „neutralnego wroga”. To bolesne nie tylko dla samooceny dotykanego, ale także dotykającego. Zdarzyło mi się, że dziewczyna była bardzo zraniona moją reakcją na jej zwykłe położenie dłoni na mojej. Mózg przez długi czas funkcjonowania, nie znał pojęcia i uczucia delikatnego kontaktu cielesnego bez złej intencji, który pochodziłby od osoby innej niż matka czy babcia i dziadek. Były to jedyne osoby, do których zaufanie pozwalało na chwilę zapomnieć.
Prawdopodobnie największym wyzwaniem w kwestii fizycznego obcowania z inną osobą była ta ostateczna forma. Praca nad tym to jedna z najcięższych rzeczy, jakie przeszedłem w interakcji z drugim człowiekiem, bo zmuszała do przekroczenia pewnych barier psycho-fizycznych ad hoc. W głowie roiło się od myśli: „a co jeśli nie potrafię być delikatny? Nie będę miał wyczucia sytuacji? Co, jeśli będę…brutalny nawet o tym nie wiedząc?”. To brzmi z perspektywy czasu jak irracjonalny, komiczny wręcz strach. Jednak to wszystko mną targało i w niewyobrażalny sposób utrudniało zawiązanie jakiejkolwiek stałej relacji czy związku. Największym demonem-strachem była myśl, że może ze mnie wyjść mój własny ojciec.
Zmusiłem się raz, zmuszałem się każdy następny, robiłem to bo napięcie było mniejsze, strach ustępował. Nauka nawiązywania znajomości, niezależnie od płci rozmówcy była jak nauka chodzenia w ciemnościach. Z nadzieją, że po drodze nie zrobi się nikomu krzywdy. Ale jakoś to poszło…Mimo to, będąc w związkach, leżąc i oglądając z kolejną partnerką film, potrafiłem się wzdrygnąć, gdy zmieniała ułożenie, gdzieś mnie szturchnęła. Zawsze było widać, że działo się to ze znacznie większym impulsem niż przewidywałaby to sytuacja. Mijały kolejne lata.

Czy można „wyzdrowieć”?

Z jednej strony mam ochotę napisać, że tak, z drugiej, wiem, że nie do końca jest to zgodne z prawdą. Minęło dużo czasu odkąd wyzbyłem się odruchu „zasłaniania się”, wzdrygania na niespodziewany dotyk również w dużym stopniu udało się wykluczyć. Na tyle by nie robiła się z tego scena, której nie udałoby się przysłonić zwykłym zaskoczeniem.
Z czasem i doświadczeniami życiowymi tacy jak ja, przyswajają, że nie każdy dotyk jest zły. Uczymy się obchodzenia z innymi ludźmi, niwelujemy błędy popełniane w interakcjach. Funkcjonowanie w społeczeństwie nieświadomym i znieczulonym na współczesne choroby podstawowej komórki społecznej zajmuje nam więcej czasu. Oczywiście to wszystko jakoś mnie ukształtowało. Choć nie jestem już tak ofensywnie nastawiony do świata, twardo stąpam po ziemi, nadal widzę brud i szarość na świecie, jednak potrafię też znaleźć w otoczeniu i ludziach coś pięknego, od czasu do czasu, założyć te różowe okulary. To wszystko nie byłoby możliwe, gdyby nie pewnie ludzie. Uważam się za dziecko „wielu ojców” i jednej niezłomnej, niezniszczalnej matki. Dzięki nim nie powtarzam błędów, które popełniono wobec mnie. O nich następnym razem.

 

Koniec części drugiej.

Podziękowania:
Mojej życiowej i mentalnej partnerce za wsparcie w najniezręczniejszych częściach tekstów, korekty i pomoc przy całej serii.
Mojej mamie, za akceptację publikacji i ponowne mierzenie się z przeszłością dla syna. Na forum publicznym to nie łatwe, nawet kiedy jest to za nami.

 

Autor: Przyjaciel Fundacji

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zamknij