Domowa patologia #4 Syn wielu ojców.

Trudno stać się mężczyzną, kiedy otrzymało się tak nikłe wzorce w domu rodzinnym. Mało pamiętam z familijnych, wspólnych chwil z udziałem mojego ojca. Głównie kojarzę święta, trzy szczególne wyjścia do kina i na tym z grubsza się kończy. Pomijając fakt, że zostałem wyposażony w pakiet dysfunkcji społecznych i natręctw, nie wyniosłem z domu rodzinnego niczego, co mogłoby być pomocne w byciu mężczyzną. Nie mówię tu o współczesnej wersji brodatego drwala, który zerka z kalendarzowego zdjęcia, a nie potrafi podnieść siekiery. Chodzi mi o takiego faceta, jakim był mój dziadek. Takiego, który wprawiłby szybę, naprawił pralkę, położył elektrykę w mieszkaniu i potrafiłby dom wznieść sam- cegła po cegle. Nie wiem czemu, gdzieś w mojej głowie uroił się właśnie taki ideał mężczyzny, samodzielnego, umiejącego wykonać podstawowe naprawy w domu nie dając się przy tym zabić odsłoniętemu przewodowi. Nie potrafię sobie przypomnieć ani jednej sytuacji, w której pamiętałbym swojego ojca robiącego coś przy domu. Zawsze robił to dziadek. Kiedy padła pralka- zreperował ją w dwa dni za pomocą części, które sam naprawił albo skądś wygrzebał w piwnicznym warsztacie. Kiedy trzeba było zmienić gniazdko, również pamiętam dziadka. Chyba tylko tapetowanie było czymś, przy czym ojca widziałem. Kiedy będąc młodszym nastolatkiem, pierwszy raz pojechałem na rzut kwatermistrzowski obozu harcerskiego nad morzem, to miałem dwie lewe ręce. Nadawałem się tylko do sprzątania. Do dziś mam pewien żal do swojego ojca, że mógł poświęcić, choć odrobinę czasu, żeby zrobić ze swojego syna faceta, który poradzi sobie w życiu. Musieli uczyć mnie tego inni mężczyźni, których spotykałem na swojej drodze. I wiecie co? Każdy z nich, nauczył mnie czegoś innego. Jakby jakaś siła we wszechświecie ten jeden raz chciała mi pomóc. Na mojej drodze stanął…

Ksiądz.

Przyznam, że choć dziś nie należę do bardzo religijnych ani bogobojnych ludzi, a krytykowanie skostniałego kościoła katolickiego bywa moim konikiem, to religia pomagała mi przetrwać. Tłumaczyła wiele spraw, budziła nadzieję, że jeśli będę lepszym synem, uczniem, człowiekiem, to Bóg wysłucha moich modlitw. Ta niewidzialna istota, z której potrafię otwarcie kpić za jej nieudolność i kretyński pomysł dawania nam wolnej woli, była nie raz jedyną, która słuchała. Po prostu słuchała, bo tego potrzebowałem najmocniej. Nie groziły mi za to żadne konsekwencje. Mogłem skarżyć się na ból, upokorzenia i niesprawiedliwość. Przecież Bóg nie doniósłby nikomu. Tajemnice moich myśli były bezpieczne, a ja czułem się trochę odciążony. Kościół jako sama instytucja również na swój sposób dawał mi schronienie. Przez wiele lat będąc ministrantem, a następnie lektorem, chowałem się w murach boguckiej świątyni. Zachwycał mnie zapach kadzidła, które niepalone od dawna potrafiło nadal się utrzymywać i komponować z intensywnym zapachem kwiatów przynoszonych przez siostry zakonne. Cisza, która panowała między mszami była kojąca, człowiek mógł w końcu poczuć sam siebie. Klęcząc w ławce, nie raz szukałem własnej osoby, tego, kim jestem, co ze mną będzie i czy naprawdę życzyłem komuś śmierci? Cisza, spokój, woń „kościoła”, jeśli można to tak subiektywnie nazwać, były moją ucieczką, pociechą i wsparciem.

Przez ten cały czas towarzyszył mi ksiądz J., początkowo wikariusz mojej parafii. Ten człowiek był dla mnie niesamowitą odmianą. Łagodny mężczyzna? To naprawdę było coś nowego. On nie walczył, nie nakazywał, nie kłócił się ze światem o swoje miejsce czy o to, co mu się należy. Miałem wrażenie, że co było- to brał. Niezależnie czy było dobre, czy złe. Wydaje mi się, że ksiądz J. nauczył mnie pierwszej rzeczy, która w życiu nie doszłaby chyba moich uszu jakby nie on.

Każdy mężczyzna, w pewnym momencie, musi potrafić poprosić o pomoc. Są chwile, w których nawet nasz prosty, żeby nie pisać prostacki, układ nerwowy i mózg faceta, nie potrafią już oddzielać emocji od działania. Wahania są tak duże, że podjęcie decyzji w danym temacie może nas przerosnąć. Wtedy, trzeba potrafić pójść i powiedzieć: „Spieprzyło się, jest źle, to moja wina, potrzebuję pomocy”. J. pokazał mi, że można rozmawiać z przedstawicielem tej samej płci w sposób spokojny, inteligentny i zrównoważony. Strasznie ważne było to, że potrafił mówić i odpowiadać, bez zasłaniania się Biblią. Nie narzucał wiary, nie zmuszał do rozumienia, jak to miało miejsce w moim domu. Mówił tak, że nie sposób było się wściec, bo nie było na co. Zamiast oczekiwanego „Bóg tak chciał” prowadziliśmy dyskusję nad źródłem zła, dlaczego coś złego miało miejsce i czy naprawdę Jahwe maczał w tym palce, czy tylko my, krnąbrne dzieci, które dostały dar, na który nie były gotowe, to wszystko zaprzepaszczamy, czyniąc innym krzywdę. W tym wszystkim, co o mnie wiedział prywatnie i jako mój spowiednik, nigdy nie powołał się na Jezusa, słowo Boże ani inne gotowce. Mówił, nie przywołując Boga, a mimo to czuło się, że jakiś dobry, boski pierwiastek jaśnieje w tym człowieku odrobinę bardziej niż w innych. Dla niektórych może to być nudne, mało odkrywcze, ale dla mnie to był szok, że ten facet nie ma rodziny. Byłby świetnym ojcem, nawet ten jego łagodny ton potrafiłby przywołać do porządku lepiej niż krzyk. Do tego rozmawia z nastolatkiem jak z rozumną i czującą istotą równą sobie. To dopiero było niezwykłe, usiąść na plebanii, napić się z nim kawy i choćby nie mówiąc dosłownie co się dzieje, powiedzieć, że jest źle i znaleźć uniwersalne pocieszenie, myśl, wskazówkę i radę. Chyba tylko dzięki niemu, nadal nie wystąpiłem z KK i uważam się za człowieka na swój sposób uduchowionego.

Komendant.

To postać, która do dziś jest dla mnie kontrowersyjna. Poznałem go, będąc jeszcze dzieckiem i uczestnikiem obozów harcerskich „dla cywili”. Miałem wtedy może 7-8 lat. Na nowo, poznałem go będąc bodaj 14-latkiem, kiedy to pierwszy raz przybyłem na ów obóz przed jego otwarciem. Nazywa się to „rzutem kwatermistrzowskim” w trakcie którego niemal od zera stawia się obiekt mający zapewnić bezpieczeństwo i zabawę ponad 200 dzieciakom i nastolatkom.

„Komandier” nie był biały jak Ksiądz czy czarny jak Tyran. Był cholernie szary. Pełen komplikacji. Z jednej strony, używał krzyku, rozkazów, kląć potrafił jak stary górnik i nawet nie raz potrafiliśmy powiedzieć sobie do słuchu i śmiertelnie się na siebie obrazić. Z drugiej, ostatecznie, na samym końcu i ledwo przed czasem, potrafił podziękować, docenić i podać rękę. Dla mnie to była kolejna nowość, bo ówcześnie znałem zupełnie inny model wychowania, ten, w którym istnieje jedynie kara z przewinienia. U druha komendanta była forma, w której za „zło każe, za dobro wynagradza”. Choć to nagradzanie, dobre słowo i podziękowanie były ogromną rzadkością- to miały miejsce. Dzięki temu miały prawdziwą wartość w odróżnieniu od zdecydowanej większości jego wiązanek, rozkazów, pokrzykiwań i połajanek, które po prostu były trochę jak punkt programu. Musiał odfajkować dzienną dawkę wykrzykiwania na kilka hektarów mojego nazwiska, co zazwyczaj zwiastowało fakt, że coś spartoliłem albo coś było do zrobienia „ekstra”. Między nami nie raz, jak wspominałem, dochodziło do kłótni i ostrych zagrań. Ja dochodziłem do wieku, w którym ojciec coraz mniej miał odwagi podnosić na mnie rękę a ja budziłem w sobie umiejętność walki ze światem. Właśnie o te nieszczęsne krzyki, rozkazy i bluzgi się rozchodziło. W kolejnych latach, kiedy moim rodzice się rozwiedli, te utarczki wzmagały się, bo postanowiłem jedno: nigdy, nikt nie będzie bezkarnie czy bez powodu podnosił na mnie głosu. On nadal to robił, ja w pewnym momencie przestałem się nimi realnie przejmować. Z wakacji na wakacje okazywało się, że potrafiliśmy rozmawiać, sprawnie i bez ceregieli wokalnych wyjaśnić coś, rozdzielić pracę na obozie. Przyznam, że był to pierwszy mężczyzna w moim życiu, któremu, gdzieś głęboko w duchu, przyznałem tytuł „zastępczego ojca”, takiego surowego, ale umiejącego powiedzieć „dziękuję” i „przepraszam” (choć do tego ostatniego nigdy dosłownie nie doszło, ale zawsze znajdował jakąś formę przeproszenia, którą ja potrafiłem ostatecznie przyjąć, a on z siebie wydusić).

Oczywiście, umiejętności nabyte od Komendanta były skrajnie nie uduchowione, ale naprawdę skuteczne w życiu. Wiele się we mnie zmieniało po każdym powrocie z rzutów czy obozów (później jeździłem także jako kadra, od kucharza do drużynowego). Po pierwsze nauczył mnie używania narzędzi, które mogły mi uciąć ręce. Piła tarczowa, kątówka, piła mechaniczna, wiertarka- to tylko główni przedstawiciele tego, czego nauczyłem się na obozach z komendantem.

Choć duchowo czy intelektualnie nie były to wielkie nauki, to jednak dla mnie, były one arcyważne. Dawały mi większe poczucie własnej wartości na podstawie „know-how” z różnych dziedzin. Tylko dzięki temu, na co pozwalał mi Komendant i co pokazywał, byłem w stanie np: wyremontować moje skromne M2, w którym teraz piszę ten tekst. Malowanie, szpachlowanie, gipsowanie, kładzenie paneli, montowanie włączników i gniazdek. Niby tak nie wiele, a tak wiele i wiem, że to zasługa tych lat oduczania się bycia technicznym analfabetą. Najlepsze w tym wszystkim okazało się to, że teraz, w 2016 roku, odsetek nastolatków, którzy potrafią nie odcinać sobie palców czy całych kończyn przy użyciu ciężkich narzędzi elektrycznych, jest tak tragicznie mały. Za to zwiększa się ten, który nie do końca rozumie jak prąd trafia do gniazdka, które zasila jego MacBooka.

 

Nauczyciel.

Miałem okazję spotkać na swojej drodze kilku naprawdę wybitnych nauczycieli, którym udało się wpoić mi parę rzeczy, choć na sali mieli również 20-30 innych osób. Jestem im za to ogromnie wdzięczny, że poświęcali swój czas pozalekcyjny, żeby podejmować się syzyfowych starań zrobienia z nas normalnych i myślących ludzi. Pośród nich znalazł się jeden człowiek, który miał na mnie tak duży wpływ, że wybrałem dzięki niemu studia, zacząłem pisać słabe poemaciki czy opowiadania, które były jakimś wstępem do tego, co robię w tej chwili, pisząc tekst.

Wydaje mi się, że w ówczesnym wieku, podświadomie szukałem męskich wzorców zachowania, których mi brakowało. Syn często przejmuje od swojego ojca różne cechy. Czasami jest to zawód, czasami sposób trzymania łyżki, czasami nic. Wtedy zostaje dysonans, który naturalnie próbuje się uzupełnić. Mój polonista w liceum mógł uchodzić za ekscentryka, chociaż moim zdaniem był już wtedy wymarłym gatunkiem wychowawcy i nauczyciela, który naprawdę angażował się w życie swoich uczniów. Miewał ciężką, ojcowską rękę, potrafił być szorstki, ale w tym wszystkim kulturalny i inteligentny. „Chamstwo zwalczać kulturą wyższą” mawiał.

W czasach nim jeszcze zacząłem się u niego uczyć, tworzył grupę „wybrańców”. Uzdolnionych na różne sposoby uczniów, z których wyciskał ostatnie soki, stawiał pały i bywał ostrzejszy w ocenie niż wobec ludzi spoza grupy. Tak też było ze mną, że dostałem się do ekipy. Zacząłem poważnie traktować literaturę, jako źródło kultury, wiedzy, i setek żywotów zamkniętych w stronach. Był to czas mojego odejścia od wiary, a zarazem powrotu do Pisma Świętego jako historycznego bestselleru i „literatury doskonałej”. Do końca życia, kiedy zapytacie mnie o lekcję, która najbardziej wpłynęła na moją edukację, to kiedy w towarzystwie koleżanki D. i samego polonisty, czytaliśmy z podziałem na role Dziady III. Pośród dziesiątek świeczek, w ciemnej sali, w opuszczonej, pamiętającej wojny i powstania zabudowie zwanej szkołą. Z kontaktu z polonistą, wyciągnąłem więcej niż chciałem. Ludzie zaczęli zwracać mi uwagę, że przejmuję jego gestykulacje, składnię, a nawet patrzę sponad okularów zupełnie jak on. Moim zdaniem, przede wszystkim zasiał we mnie pragnienie nauki, pociąg do doświadczeń życiowych, ciekawość i ciągły krytycyzm wobec siebie i wszystkiego wokół. Podważanie własnej opinii, kłótnia, dyskusja, stawianie znaków zapytania i poszukiwanie odpowiedzi, które nigdy nie powinny być na tyle dobre, by przestać szukać. To wszytko co sam chciałbym w przyszłości przekazać własnemu potomkowi.

Z pewnych powodów nie mogę przywołać wszystkiego, czego mnie nauczył, ale zapadła mi w pamięć myśl, może złota, którą kiedyś wypowiedział: „Wszystko jest dla ludzi, tylko trzeba znać umiar i własne ograniczenia”. Taki był mój polonista, w najważniejszych latach mojego dorastania był dla mnie mentorem, który nawet w klasie maturalnej dał mi 4 z języka polskiego, bo jako jego ucznia „stać mnie na więcej”. Choć do dziś potrafi być marudnym, ironicznym i szorstkim jegomościem, którego szczerość można czasem pomylić z bezczelnością- dziękuję Ci L. Choć minęło już parę lat, odkąd nie mamy stałego kontaktu, tamte czasy mam w pamięci, a w łazience zamiast czasopism i etykiet proszków, czytuję Antologię polskiego reportażu XIX wieku.

 

Tata.

                O nim chciałbym opowiedzieć następnym razem. Zasługuje na znacznie więcej niż kilka akapitów pośród innych ludzi. Mija tyle lat odkąd stanął u boku mojej mamy i zawalczył o moją akceptację. Do dziś jestem mu za to wdzięczny, bo nie byłem najłatwiejszym pasierbem, nastolatkiem czy w końcu synem. Jednak zaskarbił sobie swoją miłością do mojej mamy coś więcej niż moją akceptację. Dziś przedstawiam go zawsze jako swojego tatę. Choć nie mówię mu tego zbyt często i bezpośrednio, jest najważniejszym mężczyzną na mojej liście. Liście człowieka, który o włos mógł się minąć z życiem, które dzięki niemu ma.

 

Za: www.facebook.com/mowcy.kultury
Źródło: www.hipokrytas.blogspot.com/
Autor: Hipokrytas z Silesii/Dawid Strączek vel Frączek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zamknij