Domowa patologia #3 Wydanie specjalne

Miałem publikować tekst o ludziach, którym zawdzięczam dzisiejsze życie. Z naciskiem na to ostatnie słowo. Niestety, między rozpalaniem w kominku a poranną kawą znów zadudnił TVN o kolejnych zarzutach i czynnościach prawnych wobec rodziców/opiekunów odpowiedzialnych za śmierć dziecka, tym razem 4-letniej Oliwii. Dzieckiem tym, mogłem być również ja, moja dziewczyna i kilku znajomych. Nam się udało przeżyć i żyć dalej, co nie dane jest wszystkim dzieciom z trudnych rodzin. Patologie mogą być różne, w jednym domu może być tylko bicie, w drugim znęcanie się psychiczne, słowne, gdzie indziej jest alkohol, narkotyki i bieda, ale w każdej może dojść do tragedii. Tragedii która zdarza się kolejny raz. Znów nie ucząc ludzi niczego.

Tragedia pożywką dla mas.

Łódź, Białystok, Będzin, Sosnowiec. Każde miasto będzie powracać  przy okazji wyroków i rozpraw, by zapchać ramówkę którychś „newsów”. W Łodzi, matka przyniosła martwe dziecko do szpitala, zarzekając się, że mały człowieczek spadł z huśtawki. Dziwne są więc wyniki badań pośmiertnych – zrastające się, połamane żebra, siniaki, obrażenia wewnętrzne, śmiertelne obrażenia mózgu i głowy dziewczynki. Podobnie było z Białymstokiem, gdzie konkubent rzucał dzieckiem o kant łóżeczka,  do tego pamiętna na Śląsku, wielka akcja z porwaniem małej Madzi z Sosnowca, która została zwyczajnie zamordowana i przysypana gruzem.  Takie wiadomości są dla KAŻDEJ stacji „informacyjnej” skarbem na długie godziny zapętlania przez całą dobę. Niemal co kwadrans ponownie widzimy jak konkubent jest prowadzony przez zamaskowanych policjantów przed wymiar polskiej sprawiedliwości. Kolejny raz widz może się rozsiąść przed telewizorem, pogrozić pięścią w powietrzu i pokrzyczeć na te bestie, co to dziecko katują. Tylko czy kiedykolwiek, ktokolwiek zrobi coś więcej niż wyżej opisane zachowanie? Ilu zamiast wymądrzać się przed kineskopem, miało odwagę zareagować w realnym świecie na patologię, która do tego doprowadziła? To wszystko to najlepsza pożywka dla mediów, które przetrawią wszystko i zaserwują w formie sensacji i skandalu. Informacji, która nie musiała powstać. Do wieczora, niektórzy z nas będą myśleć, jakim trzeba być człowiekiem by zabić, skatować swoje dziecko. Za to jutro rano wstaniemy, pomyślimy, że trzeba pojechać do pracy, na uczelnię i ruszymy zwyczajnym torem życia, przechodząc obok mieszkań sąsiadów, u których nigdy nic się nie dzieje. No może, co najwyżej, dziecko płacze, ale na pewno z jakichś racjonalnych powodów. Bo dziecko przecież czasem płacze, prawda?
W wielu przypadkach opisywanych przez media nie kładzie się nacisku na walkę z przemocą -domową czy jakąkolwiek inną. Nie chodzi o edukację z tego zakresu, prewencję. Walczy się o przykucie uwagi, podekscytowanie widza, wzbudzenie w nim emocji, którymi może się posilić i po chwili zapomnieć. Taka krótkotrwała rozrywka pt.: u innych jest gorzej, u mnie się tak nie dzieje. Od wielkiego dzwonu, jedna ze stacji tv dołączy się do akcji przeciwko przemocy. Wyświetlają wtedy, jakże inaczej, mocny film, po którym człowiek przez ułamek sekundy staje się poważny. I co dalej? Nic. Już nie chodzi o akcję, o pokazaniu jej wyników i rozwoju,  tylko o potencjalną reakcję mierzoną w słupkach oglądalności. Nie potrafię wybaczyć dziennikarzom i telewizjom ich podejścia i zapomnienia o temacie kiedy tylko ktoś został skazany prawomocnym wyrokiem. Gdyby zamiast doraźnych akcji informacyjnych w tv i przebudzeń na czas procesów, po każdym doniesieniu o tragedii pokazywali przykładowe zdjęcia pobitych dzieci, podawali infolinie, wiadomości o fundacjach i instytucjach, które pomagają- ludzie mogliby w końcu skorzystać z oglądania po raz 8 tej samej wiadomości. Może zapamiętali by numer albo nazwę instytucji zamiast samego faktu zdarzenia.

Brak prewencji, brak konsekwencji.

Ilu z tych zgonów, trwałych kalectw, traum i psychicznych deformacji można było uniknąć? Przecież większość z tych nie-ludzi, mieszkało pośród ludzi, w mieszkaniach, kamienicach. Jak można było nie słyszeć tego co się dzieje w starym, komunistycznym czy nowym i zrobionym na fuszerkę budownictwie? W blokach, w których mieszkałem, można było zawołać sąsiadowi w łazience „na zdrowie” po kichnięciu a co dopiero usłyszeć płacz niemowlaka, który jest najbardziej irytującym dźwiękiem jaki można usłyszeć?
W niemal każdym reportażu o śmierci, zakatowaniu czy bestialstwu wobec dzieci, pojawia się starsza pani, która ogólnie mówi tak: „Tam się nic nie działo, nie, ja nic nie widziałam, nie wierzę bo przecież jakby ktoś słyszał to by zadzwonił na policję!”. Tak wygląda zmywanie z siebie winy przez małą grupę społeczną najbliższych mieszkańców i sąsiadów. Każdy myśli, że ktoś to zrobi lub zrobiłby, gdyby była ku temu potrzeba. Tylko tak się nie dzieje. Dlaczego? Bo boimy się sądów, komisariatów i urzędników jak ognia. Człowiek zignoruje płacz dziecka w mieszkaniu obok. Po pierwsze, ktoś inny może zadzwonić, po co pchać się przed szereg, po drugie, na pewno zrobiłby błąd, dziecko płakałoby z naturalnych przyczyn i zgłaszający miałby problemy z sąsiadami i policją. Zostałby kapusiem albo nienormalnym. Po trzecie, gdyby jednak miał rację, musiałby jeździć po komisariatach, składać zeznania, później spędziłby godziny życia na chodzeniu po sądach (co wcale nie jest zawsze konieczne!).
Kompletnie inną sprawą jest brak prawdziwych konsekwencji wobec oprawców, którym maltretowanie i znęcanie się udowodniono. Wiecie, że na 10 tysięcy takich spraw, 8.5 tysiąca to wyroki w zawieszeniu? Czy to ma być kara, która da innym do myślenia nad metodami wychowawczymi? Czy dopiero dziecko musi umrzeć, żeby wyrok był skazujący w trybie natychmiastowym? Dlaczego, czasami kibic za pobicie fana innego klubu potrafi dostać wyrok w szybkim sądzie i zostać posadzonym za zadanie uszczerbku na zdrowiu powyżej 14 dni, a zwyrodnialec, rzucający maleństwem o łóżeczko, dostaje zawiasy? W pierwszym przypadku, obaj kibole powinni w więzieniu ustąpić pierwszeństwa konkubentowi z Łodzi, który zakatował 4-letnią Oliwię na śmierć. W żeńskim więzieniu powinno znaleźć się też priorytetowe miejsce dla matki dziewczynki, która przez cały ten czas na to pozwalała, a która dostała wyrok śmiesznych 5 lat. Oboje powinni otrzymać dożywocie. A jeżeli brakuje miejsc w zakładach penitencjarnych, to trzeba zadać sobie pytanie. Czyja wina jest cięższa? Złodzieja, który dokonał szkody na kilkaset złotych, których i tak nigdy nie odda, czy nie-człowieka, który nie dał dziecku szansy na zarobienie choćby pierwszej złotówki?
Na koniec jeszcze z odrobinę innej beczki. Skoro dostałbym wyrok za stanie i patrzenie jak przez 10 minut, jak ktoś wydusza życie z dorosłego człowieka na ulicy, to czemu nie miałby go dostać ktoś, kto przez X miesięcy, lat, patrzał na dokładnie to samo, stopniowe zabijanie i okaleczanie dziecka? Czy sąsiedzi, nie powinni również odpowiedzieć, w uzasadnionych przypadkach, przed sądem za współudział? Choćby za brak udzielenia pomocy, jak w przypadku wypadków drogowych?

Nie bójmy się prewencji.

Zadziwiającą moc ma zwrócenie komuś uwagi w miejscu publicznym na jego zachowanie wobec dziecka. Choćby ze strofować matkę czy ojca i otrzymać wiązankę przekleństw z ich strony, to musicie wiedzieć, że to naprawdę działa na nich jak ogień piekielny. Nie ma znaczenia z jak odważną czy pyskatą osobą się zetkniemy, choćby nie wiadomo jak próbowała nas słownie (czy fizycznie) zagryźć, to w środku będzie panikować, bo jest niezwykle blisko konsekwencji swojego zachowania.
Pamiętam jak w sklepie mojego ojca pracowała Pani M. Owa Pani, choć nie wtrącała się za bardzo w życie szefa, to kilkukrotnie potrafiła mu obcesowo wręcz, gdy klienci stali przed straganem, zwrócić uwagę żeby mnie nie szarpał albo nie miażdżył tej części ciała, za którą chwycił w gniewie. Efekt w różnych stopniach, ale był natychmiastowy. Od razu uścisk był lżejszy, a szarpanie się kończyło. W pewnym sensie mój wykładowca z zakresu socjolingwistyki powiedziałby, że Pani M. nagle z osoby niższej rangą w sferze pracownik-pracodawca, stała się osobą uprzywilejowaną w kontakcie człowiek-człowiek. Nie trzeba iść od razu z pięściami czy pod eskortą policji do ojca, który trzepnął w głowę swoje dziecko. Wystarczy się odezwać i nie zapominać, że to osoba, która zwraca uwagę na złe zachowanie, ma ogólne poparcie ludzi na około i jest zawodnikiem ofensywną w tym pojedynku. Wystarczy pozwolić sobie na to, by otoczenie, które widząc już na własne oczy jak reagujesz na społecznie i moralnie nieakceptowalne zachowanie, dało ci mandat i uprzywilejowanie do kontynuowania. Może i po powrocie do domu, ów ojciec czy matka, znów podniosą rękę na dziecko. Kto wie, czy to faktycznie nie jest tylko kropelka w morzu potrzeb. Jednak jeśli stanie się tak raz, drugi, siódmy, to opinia społeczna zrobi pierwszy krok , żeby dziecko wiedziało, że tak nie wolno go traktować i ma prawo szukać pomocy innych dorosłych, policji i państwa.
Gdyby ktoś częściej chciał widzieć, słyszeć to co działo się niejednokrotnie w moim domu i zareagowałby, na korytarzu czy klatce schodowej, może szybciej doszedłbym do wniosku, że nie wolno mnie bić. Może ta niekonsekwencja zbioru [DOROŚLI] nasunęła by mi prawdę, że to nie jest normalne. Kto wie, czy za którymś razem, czując poparcie ze strony dorosłego spoza rodziny, nie doszedłbym do tego, że mogę jednak coś zrobić, że mam prawo żyć bez strachu. Ciekawe, czy nie oszczędziłbym wielu cierpień mojej mamie, czy dziś nie miałbym normalnego kontaktu z bratem?

Opanowanie i świadomość w prewencji.

Te dwa aspekty są pomocne w zwycięstwie nad domowym tyranem, gdy stajemy na przeciwko niego na ulicy, pasażu hipermarketu czy w kolejce pod budką z lodami. Pamiętajmy, że jeśli zaatakujemy go fizycznie- nasz autorytet i dobre chęci spłyną na niczym, umacniając pozycję tyrana, który bezwzględnie wykorzysta prawo na swoją korzyść. Wezwie policję, oskarży nas o co się da, a kiedy już wygra, to zostanie niemal nietykalnym w swoim środowisku, w którym reagujący będzie już zdyskredytowany. Jeśli zaatakujemy go słownie, wulgarnie- sami odbierzemy sobie „uprzywilejowanie” sytuacyjne i pozwolimy „ściągnąć się do parteru, gdzie przeciwnik nie ma sobie równych”. Zwrócenie uwagi powinno być spokojne i głośne, najlepiej tak, żeby słyszeli to wszyscy na około. Czasami wiąże to tyranom ręce, są czasami zmuszeni do zmiany roli na zapracowanych ludzi, którym popuściły nerwy. W swojej bezczelności potrafią przeprosić wtedy dziecko na miejscu i swoimi metodami, nakłonić je do zdegradowania sytuacji do stopnia przypadku i błahostki. Takie przeprosiny, nawet nie szczere a wypowiedziane przy kimś innym są już pewnym zwycięstwem nad tyranem a na pewno przełomem dla dziecka. Przede wszystkim są reakcją! Reagujący powinien spokojnie i konsekwentnie powtarzać kwestię tak, by słyszeli to inni: „Dlaczego bije pan/pani dziecko? Czy Pan/Pani wie, że tak nie wolno/, że to łamanie prawa?”. Nie wolno się poddać, dać przegadać czy pozwolić by tyran przejął inicjatywę. W ostatnim pomaga właśnie świadomość, że dzięki naszej reakcji, naprawdę może się coś zmienić. W życiu jednego, małego człowieka, który może dzięki temu osiągnie w życiu więcej niż jego rodzic/opiekun. Czy to nie jest gra warta każdej świeczki i godziny składania zeznań?

 

 

Autor: Przyjaciel Fundacji

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zamknij